Wiecie, co jest najgorsze w byciu Żydem? Tysiące lat prześladowań i cierpienia? Nie! Najgorsi są dziadkowie. To cały ból tego świata sprasowany i zamknięty w maluteńkich ciałkach” powiedział swego czasu w trakcie stand-upu komediowego Seth Rogen. Wczorajszy wieczór w Teatrze Konsekwentnym był właśnie o tym.

Zostałem zaciągnięty na spektakl „Kompleks Portnoya”, historię Żyda z ilorazem inteligencji 158, co sam bohater podkreśla we wstępie swojej psychoanalizy. Ten fakt zdaje mi się kluczem tej wesołej do łez smutku opowieści. No bo czym jest iloraz inteligencji? W praktyce miał on obliczać stosunek wieku umysłowego do rzeczywistego wieku życia. A Portnoy, Nowojorczyk z tradycyjnej rodziny żydowskiej, musi sobie radzić nie tylko ze swoim dorastaniem, ale i 2000 tysiącami lat historii ludu Dawida targanymi jak niechciany bagaż na swoich barkach.

Sztuka w Starej ProchOFFni, wyreżyserowana przez Aleksandrę Popławską i Adama Sajnuka, to trwające dwie i pół godziny fascynujące mentalne harakiri, zainspirowane powieścią Philipa Rotha. Czwórka koncertowo grających aktorów. Scenografia nadająca spektaklowi niezapomnianej intymności, czyniącej wstyd i śmiech niemal namacalnymi. Epicki rozmach minimalizmu i pomysłowości, akcentującej małość człowieka w obliczu Ideii Większych Niż Życie.

Które zostawiły ślad i na mojej psyche, bo jakoś nie mogę pozbyć się wrażenia, że to najlepszy spektakl teatralny jaki widziałem w swoim życiu. Swoim i tysięcy lat przodków, których odkrywam w swoim życiu niczym tytułowy Portnoy.