Po raz pierw­szy zgar­ną­łem na klatę udział w maso­wym biegu ulicz­nym, Bie­gnij War­szawo. Przede mną ocean bia­łych koszu­lek. Za mną ocean bia­łych koszu­lek. Gdzieś w środku mnie rośnie buzu­jący wul­kan endor­fin i uśmiech, któ­rego nikt nie był w sta­nie zetrzeć mi z gęby jesz­cze do końca dnia. W cudow­nym towa­rzy­stwie Grzy­bo­wej (która namó­wiła mnie do startu w tej impre­zie) i Rodiego, pobi­łem swój naj­lep­szy dotąd czas na dystan­sie 10 kilo­me­trów (00:58:04).

Tuż przed metą. Zdjęcie skradzione z bieganie.pl

W duecie z Grzy­bową. Zdję­cie skra­dzione z bieganie.pl

Ale też zyska­łem znacz­nie wię­cej, niż mi się począt­kowo wyda­wało. Na mecie dopin­go­wała mnie moja córka Luna, która parę godzin po biegu wdra­puje się na moje kolana, czule obej­muje i mówi, że mnie baaaaar­dzo kocha i nawet bardziej.

Cóż się wyda­rzyło? W jej oczach tym bie­giem zyska­łem +10 do wize­runku w ran­kingu „Tata — mój boha­ter”. Bezcenne.