Zero pączków, zero kwiatów, szesnaście odcieni szarości. Wiosna gdzieś bardziej miesiąc później. Tak właśnie wyglądały Suwałki w zeszły weekend.

Premierowe nurkowanie tego roku w Hańczy wycisnęło resztki ciepła z mojego ciała. Woda trzy stopnie Celsjusza, w odmętach martwa ryba z groteskowo wyciśniętym na wierzch pęcherzem, ból ścinanego białka i napływające zewsząd sygnały: „Przeżyć! Przeżyć! Przeżyć!”.

Hańcza miesiąc indziejZ tej perspektywy bardziej zrozumiałe stają się miejscowe pasje kulinarne. Błaskowizna nad Hańczą to miejsce, gdzie ludzie powoli i nieustannie morfują do postaci kartacza, ziemniaczanej bryły wytopionej w tłuszczu i suto podlanej pecyną zwierzęcego łoju. Cepelin — forma pozwalająca trwać w polodowcowej pustyni. Natura niczym rzeźbiarz przeistacza autochtonów w elipsowate stwory, usuwając zbędne elementy — szyję, pachwiny, uda i łydki.

Nienawidzę kartaczy! Znikam dziś do Afryki odzyskać utracone ciepło i wiosnę w duszy.