Zaatakował mnie pies na Polach Mokotowskich. Skurwiel wybiegł mi zza placów, próbując pozbawić dwugłowego uda, ale po gwałtownej szarpaninie odbiegł wyłącznie z boczną kieszenią moich bojówek. Dzień później zorientowałem się, że wraz z kieszenią pozbawił mnie też dokumentów, które wyleciały sobie cicho i odtąd ich energia żyje własną, nieznaną mi historią.

Bywa. Życie w pigułce. Uśmiechnij się, Gato. Przedmioty przychodzą, równie łatwo odchodzą i nie mamy na to żadnego wpływu. Pozostało mi tylko poszukać sobie nowej, potwierdzonej urzędowo tożsamości.

Szybko przekonałem się, że uśmiech to zły pomysł. Wybrałem się do fotografa, by zrobić sobie zdjęcie do nowego paszportu. Do fotela podszedł zapracowany człowiek z ProLabu, wyrwany od swojego skanera i cyfrowych światów.

- Proszę się nie uśmiechać. – strofuje mnie, po kolejnej serii w trakcie sesji zdjęciowej.

- Nie mogę. Ja mam taką twarz. – odpowiadam, na co fotograf pokazuje mi wzorzec zdjęć paszportowych.

Gato paszpoprart

Faktycznie. Na plakacie straszy mnie słowiańska blondyna o wyrazie twarzy, jakby dokładniej w tej chwili kosmici założyli jej sondę analną. Odwracam się do fotografa, zarośnięty jak terrorysta czeczeński i spinam pośladki przed obiektywem, starając się choć na moment wiernie odwzorować wpojoną mi właśnie lokalną, nadwiślańska zasadę:

to NIE jest kraj dla uśmiechniętych ludzi.